Część I
-Gwen szybciej, nie
możemy stawać - syknął wysoki chłopak o jasnych włosach.
-Już nie mogę Joe, nie daję rady - pisnęła przerażona blondynka o dużych niebieskich oczach - jeszcze chwila i zemdleję - wysapała, opadając na kolana.
-Gwen, musimy, pomyśl o Jeyne
i Beth, one nie miały jak uciec z nami, damy jakoś radę - druga podróżująca z
nimi dziewczyna poparła Josepha.
-Posłuchaj Sol - mruknął blondyn. Sol była
szczupłą młodą kobietą o intensywnych zielonych oczach, wyróżniająca się
kaskadą lekko falowanych miedziano - brązowych włosów spływającą jej aż do
pasa.
-Dalej Gwen, Ulfar jest
daleko przed nami, sprawdza drogę, chyba nie chcesz, żebyśmy go zgubili -
dodała Sol, podnosząc przyjaciółkę z ziemi.
- Jesteście okropni...
chwila przerwy by nam nie zaszkodziła- prychnęła pod nosem, ale pozwoliła sobie
pomóc.
- Może i by nie zaszkodziła,
ale spowolniła- Sol trzymała ją pod ramię i prowadziła zawzięcie do przodu,
doganiając Josepha. –Musimy dogonić Ulfara - popędzał Joe, odetchnęli, kiedy
dostrzegli chłopaka stojącego po środku ścieżki, słońce odbijało się w jego
miedzianych jak u siostry włosach, a uśmiech nie schodził mu z twarzy.
-Chyba dotarliśmy, za tamtymi drzewami widać
osadę - powiedział ściszonym głosem, kiedy do niego podeszli. Faktycznie. W prześwitach
można było dostrzec zabudowania i jedną, drewnianą wieżę strażniczą, która
sprawiała wrażenie niezwykle kruchej, jakby mały podmuch wiatru mógł
roztrzaskać ją o ziemię.
- No, to się pospieszmy, bo
słońce jest już coraz niżej- Joe ruszył na przedzie grupy. Kiedy posunęli się
na przód, dostrzegli, że widok wieży był zwodniczy. Musiała pochodzić z
pozostałości starych zabudowań, bo tuż za nią znajdowała się dużo nowsza palisada
z wieżyczkami, z miejsca, w którym stali można było dostrzec drewniane, budynki,
z których wiele było nawet podmurowanych. Robotnicy tuż obok drewnianej bariery
budowali mur obronny, a gdzieś pośrodku można było dostrzec górną część
murowanego donżonu. -Tam znajdziemy Larsa, ojciec mówił, że on dowodzi tym
grodem, zna go - powiedział Joseph, wskazując na najbardziej okazałe
zabudowanie. Sol podeszła do brata, który tym razem poczekał na nią i Gwen.
Rude włosy starczały mu we wszystkie strony, dodając niespotykanej u mężczyzn w
jego młodym wieku zadziorności.
- Dobrze, że uciekliśmy
od razu. Gdybyśmy zwlekali, mogłoby być źle...- odezwał się, kopiąc przed sobą
nieduży kamyk.
- Nie gdybaj, Ulf. Udało
się i to najważniejsze. Mam nadzieję, że ten pan Lars, to dobry człowiek i
faktycznie się nami zajmie, tak jak mówił ojciec.
- On wie, co mówi, Sol!-
chłopak spiął się na wspomnienie o ojcu. Przez całą drogę nie mógł sobie wybaczyć
tego, że zostawili go w chatce. Gwen położyła mu dłoń na ramieniu i wymusiła uśmiech.
Sama nie czuła się najlepiej, ale od jakiegoś czasu zmieniła patrzenie na Ulfa.
Nie był tylko przyjacielem. Nie dla niej.
-Chodźmy - ponaglił ich
Joseph - jeśli zamykają bramy przed zmrokiem, mogą kazać nam czekać do rana. Ruszyli
żwawym krokiem, ponaglając się wzajemnie. Joe z Ulfem doszli pierwsi do
strażnicy. Gwen z Sol wolały trzymać się z tył, nigdy nie ufały żołnierzom, nie
ważne jak mili się wydawali.
-Kto idzie? - powitał ich
ostry głos strażnika z wieżyczki nad bramą - Coście za jedni?
- Przybywamy z zamku w dolinie, został zdobyty
przez wojska z czarnymi chorągwiami ze złotym krukiem - odezwał się Joe w
imieniu całej czwórki. - Chcemy się widzieć z panem Larsem. Powiedzcie mu, że
Thorbjorn nas przysłał.
Żołnierz patrzył na nich
groźnie, oceniając każdego z osobna, aż w końcu wychylił się mocniej z małego
okienka.
- Pan Lars zmarł.
Znikajcie stąd.
Gwen aż cofnęła się o
krok, ale Sol chwyciła ją mocno pod ramię i zatrzymała.
-Nie możecie nas wyrzucić
- wtrącił się Ulfar - mój ojciec nas tutaj przysłał, nie mamy dokąd wrócić. Mam
coś, co należy do pana Larsa, chciałbym przynajmniej przekazać to komuś z jego
rodziny.
-Co tu się do kurwy nędzy dzieje? - rozległ
się potężny męski głos tuż przy bramie. Strażnik obrócił się do nich plecami i
zszedł na dół, znikając za murem. Nie słyszeli nic, oprócz głośnego krakania
kruków, które krążyły nad drzewami. Nagle dwa skrzydła bramy rozwarły się na
boki i ujrzeli wysokiego, barczystego mężczyznę.
-Zbliżcie się - polecił
ostro i obejrzał się na stojące nieopodal dziewczyny. - To wasze kobiety? -
zapytał.
- Można tak powiedzieć-
odparł Ulf, obserwując z niepokojem, jak tajemniczy mężczyzna wychodzi poza
mury.
- To nie jest odpowiedź.
Ulfar kiwnął na
dziewczyny, żeby się zbliżyły, nie było już sensu trzymać się z dala, strażnicy
mieli łuki i gdyby tylko chcieli, mogliby sprawić, żeby przybysze padli martwi.
-To jest Joseph - wskazał
na towarzysza - to jego siostra Gwen, ja jestem Ulfar, a to moja siostra Sol -przedstawił
- Jestem synem Thorbjorna, przyjaciela pana Larsa.
- Może i jesteś, ale ja
nic o tym nie wiem. Ponoć masz coś dla mnie?
- Więc to wy jesteście Lars?-
Ulf stał niepewnie, wodząc oczami po twarzy nieznajomego.
- Jestem jego synem. Nie trać
czasu, tylko daj co masz.
Ulfar niepewnie sięgnął
za pazuchę i wyjął ozdabiany srebrem sztylet.
-Ojciec powiedział, że to przypomni panu
Larsowi o długu, który powinien spłacić, zapewniając nam miejsce w swojej
osadzie - powiedział.
- Ciekawe...- odparł
tamten i wziął własność ojca, obracając go leniwie w palcach, oglądając pod
słońce. Przy samym trzonku, maleńkie, wytopione literki układały się w imię
jego ojca.
- Nie kłamiesz-
stwierdził sucho- Możecie wejść na tą noc. Jutro zobaczymy co dalej.
Przekroczyli bramy,
wkraczając na błotnistą drogę, wieśniacy z zaciekawieniem przyglądali im się,
wychylając się ze swoich chat.
-Możecie zająć tamtą
chatę, jest opuszczona, ma dziurawy dach, ale nie powinno być ulewy, wasze
siostry przenocują w donżonie, na wypadek, gdybyście coś kombinowali. Za mną
drogie panie - powiedział oschle.
Gwen złapała Sol za rękę
i skrzyżowała z nią chude palce. Joe kręcił się niespokojnie, jakby walczył ze
złością, ale Ulf uderzył go w ramię i skinął uspokajająco.
- Chyba można mu ufać, nie
denerwuj się.
Joe nie odpowiedział, patrząc w ślad za
odchodzącymi dziewczynami. Nie mógł się przyznać przyjacielowi, że nie tylko
bezpieczeństwo Gwen jest dla niego ważne. Już od dawna chciał poprosić Sol, by
zostałą tylko jego. Gwen wyglądała jakby miała zemdleć, Sol tylko mocniej ścisnęła
jej dłoń. Syn Larsa nie odzywał się do nich wcale, mogły tylko patrzeć na jego
szerokie barki poruszające się miarowo pod wełnianym kaftanem. Sol nawet
chciała się odezwać, ale nic nie przychodziło jej do głowy. W końcu stanęły
przed okazałym kamiennym budynkiem. Mężczyzna wszedł do środka, nie zapraszając
ich jednak, po chwili usłyszały jego krzyk.
-Aida! - w drzwiach pojawiła się starsza
kobieta, nieco pulchna o krótkich siwych włosach z chustką na głowie.
- Nie drzyjże się tak
chłopaku, to żeś jest wodzem, a ja jestem stara, nie znaczy, żem głucha - gderała
pod nosem. - Nosiłam cię jakżeś był w powijakach.
-To Aida, moja gospodyni,
wskaże wam izbę do spania i da wam jedzenie - powiedział kompletnie ignorując
narzekania starszej pani.
- Krnąbrny hultaj- Aida
nadal mamrotała pod nosem, kiedy szły z nią do niewielkiej kuchni.- Nieco
nerwowy, ale sprawiedliwy. No ale nieznośny! A bym mu przetrzepała skórę!
Sol z Gwen popatrzyły po
sobie, nieco rozluźnione. Gospodyni podała na desce kilka pajd chleba i konfiturę,
której owocowy zapach uderzył do ich nozdrzy. Usiadła z nimi i z szczerym zadowoleniem
patrzyła jak jedzą grubo smarowane kromki pieczywa.
-Chudeście jak szkapy,
ale ja was tu podkarmię, baba musi mieć biodra do rodzenia, cycek do karmienia
- zaśmiała się głośno - jak was tu poprowadził, znaczy, że będzie was chciał tu
zostawić, dziewki są w kuchni potrzebne, chłopy umacniają wały obronne, trza ich
oprać i wykarmić - buzia jej się nie zamykała. Słuchały jej ze spokojem, nie
chcąc przerywać monologu, który ciągnął się a ciągnął. Zapewne nie wyszłyby
stamtąd do rana, gdyby nie syn Larsa, który stanął w progu, mierząc groźnie
gosposię.
- Aida, wydałem ci
polecenie. Czy ty do końca swoich dni będziesz się tak sprzeciwiała i robiła
wszystko po swojemu?
- Jeśli nadal będziesz
mnie strofował, to moje dni są policzone!- odpowiedziała mu tak samo wzburzona,
ale posłusznie wstała i wyszła do drugiej izby, która miała być ich sypialnią.
Pod okienkiem stał tarczan z siennikiem wypchanym słomą, a na przeciw była ława
i mały taborecik, z wyszczerbionym siedziskiem.
-Tu się pomieścicie
chudzinki - powiedziała matczynym tonem, zagarniając je do izby, Sol odwróciła
się do drzwi, zauważając, że mężczyzna im się przygląda.
-Jak cię zwą panie? - zapytała
przyzwyczajona do formalnych zachowań, przez służbę w zamku.
-Nie jestem szlachcicem,
tylko wodzem, wybranym przez ludzi - odparł dumnie - jestem Lorcan Larson.
Potem odwrócił się na
pięcie i zostawił je same, a starsza kobieta podreptała za nim, wnosząc ręce do
nieba. Gwen usiadła na posłaniu i podskoczyła kilka razy.
- Miękko- zaśmiała się, kładąc
się na plecach- Wyśpimy się. Coś mi się wydaje, że będzie nam tu naprawdę
dobrze.
-Miejmy nadzieję -
mruknęła Sol, układając się obok przyjaciółki. Kiedy pierwsze promienie słońca
zawitały do komnaty, zbudziły je głosy dochodzące z wielkiej sali donżonu. Sol przystawiła
ucho do drzwi, ignorując karcące spojrzenia blondynki.
-... dług ... spłacę go w
ten sposób ... radzić sobie sami ... jedna z dziewek ... z Aidą ... - Tylko
tyle zdołała wychwycić, po chwili drzwi drgnęły, a ona odskoczyła od nich jak
oparzona.
- Wstałyście!- gospodyni
wleciała do pomieszczenia przypominając chodzące, żywe tornado. Chociaż
posiadała krótkie, przyczesane włosy, niektóre kosmyki stały na baczność, przypominając
pojedyncze źdźbła trawy. Przerzuciła sobie ścierę przez ramie i podparła ręce na
szerokich biodrach.
- No moje wy chuderlaki,
pora na śniadania, a potem czeka was rozmowa z Lorcanem. Osioł uparł się, że ma
to być jak najszybciej- zamachała szmatą.- A! I wasi bracia już tu byli.
Przystojne chłopaki... No ja nie wiem, że też za moich czasów takich nie
było...- biadoliła do siebie i zniknęła z powrotem w małej kuchni, szykując
talerze.
- Nie przypomina ci
naszej sąsiadki? Wiesz, której, nie? Tej co mieszkała przy głównej drodze. Identycznie
jojczyła, no cały czas!
- Gwen, ucisz się, przecież
to słychać! Ubieraj się i idziemy, jestem ciekawa czego od nas chce ten gbur-
Sol stała przy taboreciku, poganiając przyjaciółkę wzrokiem.
Aida wepchnęła w każdą z
nich po dwie pajdy chleba z białym serem i miodem, stojąc nad nimi jak nad
dziećmi, dopóki nie zjadły wszystkiego.
-Idźcie do niego, nie
lubi czekać, raptus z niego straszny, jak był niedorostkiem przy cycku, darł
się tak, że jego ojciec ...
-Dość kobieto! - Lorcan
zagrzmiał od drzwi swoim potężnym barytonem. - A wy dwie, chodźcie za mną -
polecił i odszedł w głąb donżonu, nie oglądając się nawet na nie.
- Dziewczęta- Aida zatrzymała
je jeszcze, tarasując swoim ciałem przejście - Musicie o czymś wiedzieć. Znam
Lorcana od małego chłopca i tylko dlatego mogę sobie pozwolić na więcej... mi
nic nie zrobi, ale wy... musicie odnosić się do niego z szacunkiem. Unikajcie
jego oczu, nie lubi kiedyś ktoś mu się za długo przygląda, a teraz już lecie,
bo jeśli każecie mu czekać, może być z wami źle.
Popatrzyły po sobie,
jakby starały się wzajemnie dodać sobie otuchy. Trzymając się za ręce weszły do
wielkiej sali, gdzie przy stole siedział wódz i kilku zbrojnych. Obrzucił je zirytowanym
spojrzeniem i skinął głową w bok, dając do zrozumienia, że ich bracia też są w pomieszczeniu.
-Możecie zostać - powiedział, takim tonem,
jakby było mu to wyjątkowo nie a rękę - to wszystko, co wam zaoferuję. Możecie
w czworo zająć chatę, którą tam wczoraj wskazałem, jednak... - zawiesił głos. -
macie tu dwie niezamężne kobiety, to porządna osada, ludzie są tu prości, jest
kilka kurew, ale podejrzewam, że nie chcecie, żeby o waszych siostrach tak
mówiono. Jeśli zamieszkacie we czworo, ludzie tego nie przyjmą, jedna może zostać
w donżonie, być pomocą dla Aidy i pracować też w kuchni, która wydaje posiłki robotnikom
i zbrojnym, druga może pracować w kuchni, ale co z nią zrobicie to wasza sprawa,
ja wydałbym za mąż i miał z głowy - mówił takim tonem, że nie śmieli mu
przerwać.
Ulf spojrzał na Josepha,
chcąc wyczytać z twarzy przyjaciela jego zamiary. Joel skinął twierdząco, jakby
czytał mu w myślach i wstał, odsuwając głośno krzesło.
- Zostaliśmy jedynymi
opiekunami naszych sióstr. Nie chcemy ich oddawać obcym mężczyznom, bez urazy...wodzu.
Jednak zależy nam na ich cnocie i dobrym zdaniu. Gwen...
- Joe spojrzał na siostrę.- Chcę żebyś wyszła za Ulfa.
Sol zerknęła
ukradkiem na wodza i zmarszczyła brwi, nie takiego obrotu spraw się spodziewała.
Chciała, żeby obie z Gwen mogły jeszcze jakiś czas cieszyć się panieństwem, poznać
jakichś kawalerów, zakochać się, mieć wybór. Jednak jej przyjaciółka była widać
innego zdania, bo uśmiechnęła się promiennie.
-Jeśli taka jest twoja
wola bracie, z chęcią ją wypełnię - odparła - cieszę się, że teraz naprawdę
zostaniesz moją siostrą Sol - dodała i podeszła do Josepha i Ulfara.
Sol z kolei świdrowała
oczami Ulfa, który popatrzył na nią, a potem skinął na zdenerwowanego Josepha.
- Jestem za ciebie
odpowiedzialny, wiesz o tym prawda? Nie mam wyjścia, Sol, wyjdziesz za Josepha.
- Nie możesz- syknęła,
nie bacząc na ludzi, którzy obserwowali ich w skupieniu.
- Sol... nawet się nie sprzeciwiaj.
- Nie wolno ci, Ulf! O takich rzeczach chce
decydować sama!
Lorcan obrzucił ją
badawczym spojrzeniem. Rumieńce gniewu wypełzły na jej policzki niczym
płomienie. Joe stał zmieszany, jakby nie wierzył w sytuację, która się przed
nim rozgrywa, nie tak to sobie wyobrażał. Sol powinna się zarumienić,
uśmiechnąć i stanąć przy jego boku. Nim ktokolwiek zdążył się odezwać, w drzwiach
łączących salę z kuchnią pojawiła się Aida.
-Ja przygarnę to dziewczę
chłopcze - odezwała się do Lorcana - nie jestem już najmłodsza, przyda mi się
tu para rąk a i w kuchni trzeba pomagać, nauczę ją co i jak i przejmie część
moich obowiązków.
Sol mierzyła się z bratem
wściekłym spojrzeniem, kiedy Lorcan zaczął skubać się po drobnym zaroście,
który obrastał jego lekko zaokrągloną brodę i wystające kości policzkowe. Ciemnoniebieskie
oczy świdrowały dziewczynę, która przyjęła buntowniczą pozycję. Było w niej coś
innego... coś dzikiego. Zupełne przeciwieństwo wszystkich dziewcząt, które żyły
w osadzie. Nawet dziwki sprawiały wrażenie potulnych baranków, które ufają
swojemu panu. Zaśmiał się pod nosem na to porównanie i odchylił w tył na bogato
zdobionym krześle.
-Ile masz lat dziewczyno
- zapytał, wbijając w nią wzrok.
-Niedawno skończyłam dwadzieścia
- odparła chwytając się pod boki. -Zatem skończmy tą żenadę, decyduj dziewko, idziesz
za mąż, czy zostajesz w donżonie i pracujesz z Aidą? Nie mam całego dnia na załatwianie
problemów bab - warknął poirytowany.
- Dobrze więc- obruszyła
się.- Chce pracować.
- Sol…- jej brat patrzył
na nią z ukosa i kręcił zrezygnowany głową. Joe szurał butem po posadzce, ale doskonale
widziała jego drgającą wargę.
Westchnęła.
- Czy to wszystko, wodzu? Mogę zacząć już
teraz?
- Na to liczyłem. Rozejść
się.- Lorcan machnął na nich ręką.
Gwen posłała jej pełne
złości i niedowierzania spojrzenie, ale Sol mimo to odpowiedziała jej uśmiechem.
Zaraz potem podążyła za Aidą z powrotem do kuchni.
-Dobrześ zrobiła dziewczyno
- odezwała się staruszka. - Tobie trzeba chłopa, a nie takiego jak tamten, co
ma jeszcze mleko pod nosem. Takaś ładna, że zaraz będziesz miała konkurentów,
podtuczymy cię tu trochę to i bioder nabierzesz, a teraz weź tamten fartuch i
skrój marchew. Dla Lorcana zawsze robię sama, szaleje za marchewką na maśle od
dziecka, chociaż nigdy się nie przyzna.
Tego dnia Sol
przepracowała cały dzień w kuchni, nie widziała nikogo, ani wodza, tylko Aida snuła
swoje opowieści przez cały czas, kiedy przebywały razem. Wieczorem, po podaniu kolacji
drużynie wojów, staruszka odciągnęła ją na stronę.
-Lorcan powiedział, że jutro z rana celt
udzieli ślubu twojemu bratu. Idź, pomów z nimi, to twoja rodzina, jedyna, jaką
masz. Nie miej w sobie złości, my kobiety musimy znosić męską dumę, chociaż
nikt nam za to nie podziękuje - powiedziała wypychając ją za drzwi.
Z nieba spadały ogromne
krople deszczu, które bębniły w dachy i zalewały drogi, zmieniając je w
rozlazłe błoto. Sol objęła się ramionami i ruszyła prędko, omijając większe
kałuże. Niektórzy mieszkańcy obracali się za nią, jakby była wyjątkowo dziwnym
i nienaturalnym okazem. W końcu kto normalny sprzeciwia sie bratu? Rozpuściła
włosy, by móc ukryć za nimi twarz i skręciła w mniejszą uliczkę, która
prowadziła do starej chaty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz