Ariana | Blogger | X X

środa, 13 lutego 2019

1 - Sol

 Część I

-Gwen szybciej, nie możemy stawać - syknął wysoki chłopak o jasnych włosach.

-Już nie mogę Joe, nie daję rady - pisnęła przerażona blondynka o dużych niebieskich oczach - jeszcze chwila i zemdleję - wysapała, opadając na kolana. 

-Gwen, musimy, pomyśl o Jeyne i Beth, one nie miały jak uciec z nami, damy jakoś radę - druga podróżująca z nimi dziewczyna poparła Josepha.

 -Posłuchaj Sol - mruknął blondyn. Sol była szczupłą młodą kobietą o intensywnych zielonych oczach, wyróżniająca się kaskadą lekko falowanych miedziano - brązowych włosów spływającą jej aż do pasa.

-Dalej Gwen, Ulfar jest daleko przed nami, sprawdza drogę, chyba nie chcesz, żebyśmy go zgubili - dodała Sol, podnosząc przyjaciółkę z ziemi.

- Jesteście okropni... chwila przerwy by nam nie zaszkodziła- prychnęła pod nosem, ale pozwoliła sobie pomóc.

- Może i by nie zaszkodziła, ale spowolniła- Sol trzymała ją pod ramię i prowadziła zawzięcie do przodu, doganiając Josepha. –Musimy dogonić Ulfara - popędzał Joe, odetchnęli, kiedy dostrzegli chłopaka stojącego po środku ścieżki, słońce odbijało się w jego miedzianych jak u siostry włosach, a uśmiech nie schodził mu z twarzy.

 -Chyba dotarliśmy, za tamtymi drzewami widać osadę - powiedział ściszonym głosem, kiedy do niego podeszli. Faktycznie. W prześwitach można było dostrzec zabudowania i jedną, drewnianą wieżę strażniczą, która sprawiała wrażenie niezwykle kruchej, jakby mały podmuch wiatru mógł roztrzaskać ją o ziemię.

- No, to się pospieszmy, bo słońce jest już coraz niżej- Joe ruszył na przedzie grupy. Kiedy posunęli się na przód, dostrzegli, że widok wieży był zwodniczy. Musiała pochodzić z pozostałości starych zabudowań, bo tuż za nią znajdowała się dużo nowsza palisada z wieżyczkami, z miejsca, w którym stali można było dostrzec drewniane, budynki, z których wiele było nawet podmurowanych. Robotnicy tuż obok drewnianej bariery budowali mur obronny, a gdzieś pośrodku można było dostrzec górną część murowanego donżonu. -Tam znajdziemy Larsa, ojciec mówił, że on dowodzi tym grodem, zna go - powiedział Joseph, wskazując na najbardziej okazałe zabudowanie. Sol podeszła do brata, który tym razem poczekał na nią i Gwen. Rude włosy starczały mu we wszystkie strony, dodając niespotykanej u mężczyzn w jego młodym wieku zadziorności.

- Dobrze, że uciekliśmy od razu. Gdybyśmy zwlekali, mogłoby być źle...- odezwał się, kopiąc przed sobą nieduży kamyk.

- Nie gdybaj, Ulf. Udało się i to najważniejsze. Mam nadzieję, że ten pan Lars, to dobry człowiek i faktycznie się nami zajmie, tak jak mówił ojciec.

- On wie, co mówi, Sol!- chłopak spiął się na wspomnienie o ojcu. Przez całą drogę nie mógł sobie wybaczyć tego, że zostawili go w chatce. Gwen położyła mu dłoń na ramieniu i wymusiła uśmiech. Sama nie czuła się najlepiej, ale od jakiegoś czasu zmieniła patrzenie na Ulfa. Nie był tylko przyjacielem. Nie dla niej.

-Chodźmy - ponaglił ich Joseph - jeśli zamykają bramy przed zmrokiem, mogą kazać nam czekać do rana. Ruszyli żwawym krokiem, ponaglając się wzajemnie. Joe z Ulfem doszli pierwsi do strażnicy. Gwen z Sol wolały trzymać się z tył, nigdy nie ufały żołnierzom, nie ważne jak mili się wydawali.

-Kto idzie? - powitał ich ostry głos strażnika z wieżyczki nad bramą - Coście za jedni?

 - Przybywamy z zamku w dolinie, został zdobyty przez wojska z czarnymi chorągwiami ze złotym krukiem - odezwał się Joe w imieniu całej czwórki. - Chcemy się widzieć z panem Larsem. Powiedzcie mu, że Thorbjorn nas przysłał.

Żołnierz patrzył na nich groźnie, oceniając każdego z osobna, aż w końcu wychylił się mocniej z małego okienka.

- Pan Lars zmarł. Znikajcie stąd.

Gwen aż cofnęła się o krok, ale Sol chwyciła ją mocno pod ramię i zatrzymała.

-Nie możecie nas wyrzucić - wtrącił się Ulfar - mój ojciec nas tutaj przysłał, nie mamy dokąd wrócić. Mam coś, co należy do pana Larsa, chciałbym przynajmniej przekazać to komuś z jego rodziny.

 -Co tu się do kurwy nędzy dzieje? - rozległ się potężny męski głos tuż przy bramie. Strażnik obrócił się do nich plecami i zszedł na dół, znikając za murem. Nie słyszeli nic, oprócz głośnego krakania kruków, które krążyły nad drzewami. Nagle dwa skrzydła bramy rozwarły się na boki i ujrzeli wysokiego, barczystego mężczyznę.

-Zbliżcie się - polecił ostro i obejrzał się na stojące nieopodal dziewczyny. - To wasze kobiety? - zapytał.

- Można tak powiedzieć- odparł Ulf, obserwując z niepokojem, jak tajemniczy mężczyzna wychodzi poza mury.

- To nie jest odpowiedź.

Ulfar kiwnął na dziewczyny, żeby się zbliżyły, nie było już sensu trzymać się z dala, strażnicy mieli łuki i gdyby tylko chcieli, mogliby sprawić, żeby przybysze padli martwi.

-To jest Joseph - wskazał na towarzysza - to jego siostra Gwen, ja jestem Ulfar, a to moja siostra Sol -przedstawił - Jestem synem Thorbjorna, przyjaciela pana Larsa.

- Może i jesteś, ale ja nic o tym nie wiem. Ponoć masz coś dla mnie?

- Więc to wy jesteście Lars?- Ulf stał niepewnie, wodząc oczami po twarzy nieznajomego.

- Jestem jego synem. Nie trać czasu, tylko daj co masz.

Ulfar niepewnie sięgnął za pazuchę i wyjął ozdabiany srebrem sztylet.

 -Ojciec powiedział, że to przypomni panu Larsowi o długu, który powinien spłacić, zapewniając nam miejsce w swojej osadzie - powiedział.

- Ciekawe...- odparł tamten i wziął własność ojca, obracając go leniwie w palcach, oglądając pod słońce. Przy samym trzonku, maleńkie, wytopione literki układały się w imię jego ojca.

- Nie kłamiesz- stwierdził sucho- Możecie wejść na tą noc. Jutro zobaczymy co dalej.

Przekroczyli bramy, wkraczając na błotnistą drogę, wieśniacy z zaciekawieniem przyglądali im się, wychylając się ze swoich chat.

-Możecie zająć tamtą chatę, jest opuszczona, ma dziurawy dach, ale nie powinno być ulewy, wasze siostry przenocują w donżonie, na wypadek, gdybyście coś kombinowali. Za mną drogie panie - powiedział oschle.

Gwen złapała Sol za rękę i skrzyżowała z nią chude palce. Joe kręcił się niespokojnie, jakby walczył ze złością, ale Ulf uderzył go w ramię i skinął uspokajająco.

- Chyba można mu ufać, nie denerwuj się.

 Joe nie odpowiedział, patrząc w ślad za odchodzącymi dziewczynami. Nie mógł się przyznać przyjacielowi, że nie tylko bezpieczeństwo Gwen jest dla niego ważne. Już od dawna chciał poprosić Sol, by zostałą tylko jego. Gwen wyglądała jakby miała zemdleć, Sol tylko mocniej ścisnęła jej dłoń. Syn Larsa nie odzywał się do nich wcale, mogły tylko patrzeć na jego szerokie barki poruszające się miarowo pod wełnianym kaftanem. Sol nawet chciała się odezwać, ale nic nie przychodziło jej do głowy. W końcu stanęły przed okazałym kamiennym budynkiem. Mężczyzna wszedł do środka, nie zapraszając ich jednak, po chwili usłyszały jego krzyk.

 -Aida! - w drzwiach pojawiła się starsza kobieta, nieco pulchna o krótkich siwych włosach z chustką na głowie.

- Nie drzyjże się tak chłopaku, to żeś jest wodzem, a ja jestem stara, nie znaczy, żem głucha - gderała pod nosem. - Nosiłam cię jakżeś był w powijakach.

-To Aida, moja gospodyni, wskaże wam izbę do spania i da wam jedzenie - powiedział kompletnie ignorując narzekania starszej pani.

- Krnąbrny hultaj- Aida nadal mamrotała pod nosem, kiedy szły z nią do niewielkiej kuchni.- Nieco nerwowy, ale sprawiedliwy. No ale nieznośny! A bym mu przetrzepała skórę!

Sol z Gwen popatrzyły po sobie, nieco rozluźnione. Gospodyni podała na desce kilka pajd chleba i konfiturę, której owocowy zapach uderzył do ich nozdrzy. Usiadła z nimi i z szczerym zadowoleniem patrzyła jak jedzą grubo smarowane kromki pieczywa.

-Chudeście jak szkapy, ale ja was tu podkarmię, baba musi mieć biodra do rodzenia, cycek do karmienia - zaśmiała się głośno - jak was tu poprowadził, znaczy, że będzie was chciał tu zostawić, dziewki są w kuchni potrzebne, chłopy umacniają wały obronne, trza ich oprać i wykarmić - buzia jej się nie zamykała. Słuchały jej ze spokojem, nie chcąc przerywać monologu, który ciągnął się a ciągnął. Zapewne nie wyszłyby stamtąd do rana, gdyby nie syn Larsa, który stanął w progu, mierząc groźnie gosposię.

- Aida, wydałem ci polecenie. Czy ty do końca swoich dni będziesz się tak sprzeciwiała i robiła wszystko po swojemu?

- Jeśli nadal będziesz mnie strofował, to moje dni są policzone!- odpowiedziała mu tak samo wzburzona, ale posłusznie wstała i wyszła do drugiej izby, która miała być ich sypialnią. Pod okienkiem stał tarczan z siennikiem wypchanym słomą, a na przeciw była ława i mały taborecik, z wyszczerbionym siedziskiem.

-Tu się pomieścicie chudzinki - powiedziała matczynym tonem, zagarniając je do izby, Sol odwróciła się do drzwi, zauważając, że mężczyzna im się przygląda.

-Jak cię zwą panie? - zapytała przyzwyczajona do formalnych zachowań, przez służbę w zamku.

-Nie jestem szlachcicem, tylko wodzem, wybranym przez ludzi - odparł dumnie - jestem Lorcan Larson.

Potem odwrócił się na pięcie i zostawił je same, a starsza kobieta podreptała za nim, wnosząc ręce do nieba. Gwen usiadła na posłaniu i podskoczyła kilka razy.

- Miękko- zaśmiała się, kładąc się na plecach- Wyśpimy się. Coś mi się wydaje, że będzie nam tu naprawdę dobrze.

-Miejmy nadzieję - mruknęła Sol, układając się obok przyjaciółki. Kiedy pierwsze promienie słońca zawitały do komnaty, zbudziły je głosy dochodzące z wielkiej sali donżonu. Sol przystawiła ucho do drzwi, ignorując karcące spojrzenia blondynki.

-... dług ... spłacę go w ten sposób ... radzić sobie sami ... jedna z dziewek ... z Aidą ... - Tylko tyle zdołała wychwycić, po chwili drzwi drgnęły, a ona odskoczyła od nich jak oparzona.

- Wstałyście!- gospodyni wleciała do pomieszczenia przypominając chodzące, żywe tornado. Chociaż posiadała krótkie, przyczesane włosy, niektóre kosmyki stały na baczność, przypominając pojedyncze źdźbła trawy. Przerzuciła sobie ścierę przez ramie i podparła ręce na szerokich biodrach.

- No moje wy chuderlaki, pora na śniadania, a potem czeka was rozmowa z Lorcanem. Osioł uparł się, że ma to być jak najszybciej- zamachała szmatą.- A! I wasi bracia już tu byli. Przystojne chłopaki... No ja nie wiem, że też za moich czasów takich nie było...- biadoliła do siebie i zniknęła z powrotem w małej kuchni, szykując talerze.

- Nie przypomina ci naszej sąsiadki? Wiesz, której, nie? Tej co mieszkała przy głównej drodze. Identycznie jojczyła, no cały czas!

- Gwen, ucisz się, przecież to słychać! Ubieraj się i idziemy, jestem ciekawa czego od nas chce ten gbur- Sol stała przy taboreciku, poganiając przyjaciółkę wzrokiem.

Aida wepchnęła w każdą z nich po dwie pajdy chleba z białym serem i miodem, stojąc nad nimi jak nad dziećmi, dopóki nie zjadły wszystkiego.

-Idźcie do niego, nie lubi czekać, raptus z niego straszny, jak był niedorostkiem przy cycku, darł się tak, że jego ojciec ...

-Dość kobieto! - Lorcan zagrzmiał od drzwi swoim potężnym barytonem. - A wy dwie, chodźcie za mną - polecił i odszedł w głąb donżonu, nie oglądając się nawet na nie.

- Dziewczęta- Aida zatrzymała je jeszcze, tarasując swoim ciałem przejście - Musicie o czymś wiedzieć. Znam Lorcana od małego chłopca i tylko dlatego mogę sobie pozwolić na więcej... mi nic nie zrobi, ale wy... musicie odnosić się do niego z szacunkiem. Unikajcie jego oczu, nie lubi kiedyś ktoś mu się za długo przygląda, a teraz już lecie, bo jeśli każecie mu czekać, może być z wami źle.

 

Popatrzyły po sobie, jakby starały się wzajemnie dodać sobie otuchy. Trzymając się za ręce weszły do wielkiej sali, gdzie przy stole siedział wódz i kilku zbrojnych. Obrzucił je zirytowanym spojrzeniem i skinął głową w bok, dając do zrozumienia, że ich bracia też są w pomieszczeniu.

 -Możecie zostać - powiedział, takim tonem, jakby było mu to wyjątkowo nie a rękę - to wszystko, co wam zaoferuję. Możecie w czworo zająć chatę, którą tam wczoraj wskazałem, jednak... - zawiesił głos. - macie tu dwie niezamężne kobiety, to porządna osada, ludzie są tu prości, jest kilka kurew, ale podejrzewam, że nie chcecie, żeby o waszych siostrach tak mówiono. Jeśli zamieszkacie we czworo, ludzie tego nie przyjmą, jedna może zostać w donżonie, być pomocą dla Aidy i pracować też w kuchni, która wydaje posiłki robotnikom i zbrojnym, druga może pracować w kuchni, ale co z nią zrobicie to wasza sprawa, ja wydałbym za mąż i miał z głowy - mówił takim tonem, że nie śmieli mu przerwać.

 

Ulf spojrzał na Josepha, chcąc wyczytać z twarzy przyjaciela jego zamiary. Joel skinął twierdząco, jakby czytał mu w myślach i wstał, odsuwając głośno krzesło.

- Zostaliśmy jedynymi opiekunami naszych sióstr. Nie chcemy ich oddawać obcym mężczyznom, bez urazy...wodzu. Jednak zależy nam na ich cnocie i dobrym zdaniu. Gwen...
- Joe spojrzał na siostrę.- Chcę żebyś wyszła za Ulfa.

Sol zerknęła ukradkiem na wodza i zmarszczyła brwi, nie takiego obrotu spraw się spodziewała. Chciała, żeby obie z Gwen mogły jeszcze jakiś czas cieszyć się panieństwem, poznać jakichś kawalerów, zakochać się, mieć wybór. Jednak jej przyjaciółka była widać innego zdania, bo uśmiechnęła się promiennie.

-Jeśli taka jest twoja wola bracie, z chęcią ją wypełnię - odparła - cieszę się, że teraz naprawdę zostaniesz moją siostrą Sol - dodała i podeszła do Josepha i Ulfara.

Sol z kolei świdrowała oczami Ulfa, który popatrzył na nią, a potem skinął na zdenerwowanego Josepha.

- Jestem za ciebie odpowiedzialny, wiesz o tym prawda? Nie mam wyjścia, Sol, wyjdziesz za Josepha.

- Nie możesz- syknęła, nie bacząc na ludzi, którzy obserwowali ich w skupieniu.

 - Sol... nawet się nie sprzeciwiaj.

 - Nie wolno ci, Ulf! O takich rzeczach chce decydować sama!

Lorcan obrzucił ją badawczym spojrzeniem. Rumieńce gniewu wypełzły na jej policzki niczym płomienie. Joe stał zmieszany, jakby nie wierzył w sytuację, która się przed nim rozgrywa, nie tak to sobie wyobrażał. Sol powinna się zarumienić, uśmiechnąć i stanąć przy jego boku. Nim ktokolwiek zdążył się odezwać, w drzwiach łączących salę z kuchnią pojawiła się Aida.

-Ja przygarnę to dziewczę chłopcze - odezwała się do Lorcana - nie jestem już najmłodsza, przyda mi się tu para rąk a i w kuchni trzeba pomagać, nauczę ją co i jak i przejmie część moich obowiązków.

Sol mierzyła się z bratem wściekłym spojrzeniem, kiedy Lorcan zaczął skubać się po drobnym zaroście, który obrastał jego lekko zaokrągloną brodę i wystające kości policzkowe. Ciemnoniebieskie oczy świdrowały dziewczynę, która przyjęła buntowniczą pozycję. Było w niej coś innego... coś dzikiego. Zupełne przeciwieństwo wszystkich dziewcząt, które żyły w osadzie. Nawet dziwki sprawiały wrażenie potulnych baranków, które ufają swojemu panu. Zaśmiał się pod nosem na to porównanie i odchylił w tył na bogato zdobionym krześle.

-Ile masz lat dziewczyno - zapytał, wbijając w nią wzrok.

-Niedawno skończyłam dwadzieścia - odparła chwytając się pod boki. -Zatem skończmy tą żenadę, decyduj dziewko, idziesz za mąż, czy zostajesz w donżonie i pracujesz z Aidą? Nie mam całego dnia na załatwianie problemów bab - warknął poirytowany.

- Dobrze więc- obruszyła się.- Chce pracować.

- Sol…- jej brat patrzył na nią z ukosa i kręcił zrezygnowany głową. Joe szurał butem po posadzce, ale doskonale widziała jego drgającą wargę.

Westchnęła.

 - Czy to wszystko, wodzu? Mogę zacząć już teraz?

- Na to liczyłem. Rozejść się.- Lorcan machnął na nich ręką.

Gwen posłała jej pełne złości i niedowierzania spojrzenie, ale Sol mimo to odpowiedziała jej uśmiechem. Zaraz potem podążyła za Aidą z powrotem do kuchni.

-Dobrześ zrobiła dziewczyno - odezwała się staruszka. - Tobie trzeba chłopa, a nie takiego jak tamten, co ma jeszcze mleko pod nosem. Takaś ładna, że zaraz będziesz miała konkurentów, podtuczymy cię tu trochę to i bioder nabierzesz, a teraz weź tamten fartuch i skrój marchew. Dla Lorcana zawsze robię sama, szaleje za marchewką na maśle od dziecka, chociaż nigdy się nie przyzna.

Tego dnia Sol przepracowała cały dzień w kuchni, nie widziała nikogo, ani wodza, tylko Aida snuła swoje opowieści przez cały czas, kiedy przebywały razem. Wieczorem, po podaniu kolacji drużynie wojów, staruszka odciągnęła ją na stronę.

 -Lorcan powiedział, że jutro z rana celt udzieli ślubu twojemu bratu. Idź, pomów z nimi, to twoja rodzina, jedyna, jaką masz. Nie miej w sobie złości, my kobiety musimy znosić męską dumę, chociaż nikt nam za to nie podziękuje - powiedziała wypychając ją za drzwi.

Z nieba spadały ogromne krople deszczu, które bębniły w dachy i zalewały drogi, zmieniając je w rozlazłe błoto. Sol objęła się ramionami i ruszyła prędko, omijając większe kałuże. Niektórzy mieszkańcy obracali się za nią, jakby była wyjątkowo dziwnym i nienaturalnym okazem. W końcu kto normalny sprzeciwia sie bratu? Rozpuściła włosy, by móc ukryć za nimi twarz i skręciła w mniejszą uliczkę, która prowadziła do starej chaty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz